Kamila
Super Dyskutant


Posty: 3095 Skąd: Berlin
|
Wysłany: 2005-02-11, 08:08 Niemcy pobudzone
|

|
|
Niemcy łapią oddech. Kompleks wojenny wędruje do lamusa, na salony wraca patriotyzm. By rozruszać gospodarkę, gotowi są po raz pierwszy od 40 lat porządnie zacisnąć pasa.
Młodzi Niemcy wychodzą z zaklętego kręgu wojny. Chętnie oglądają w MTV teledysk Petera Heppnera do piosenki "Jesteśmy, kim jesteśmy". - To, co stało się wtedy, nie jest już dziś nic warte - śpiewa wokalista na tle ruin niemieckiego miasta zdruzgotanego alianckimi bombami. Rockmanka Julie mówi wprost o dumie ze swojego narodu i języka. Śpiewa tylko po niemiecku.
Agencje w Berlinie, Hamburgu i Bonn rugują z reklam angielskie słowa, ludzie nie wstydzą się już machać niemieckimi flagami na meczach, a projektantka mody z Kolonii Eva Gronbach wypuściła na rynek kolekcję w narodowych barwach: czerni, złocie i czerwieni. Ciuchy zdobią niemieckie orły. Tytuł kolekcji? "Wyznanie miłości do Niemiec".
- Moim zdaniem słowo "Niemiec" powinno się kojarzyć nie z uprzedzeniami, tylko z kosmopolityzmem, pluralizmem i twórczą otwartością - mówi Gronbach, choć przyznaje, że na początku czuła się dziwnie, chodząc po ulicy we własnych kreacjach. 23-letnia piosenkarka z Berlina Mieze napisała i skomponowała pieśń miłosną do swojej ojczyzny. Kilka lat temu wywołałaby skandal i pożegnała się z karierą. Dziś jest podziwiana.
DOŚĆ BIADOLENIA
Tabu wokół patriotyzmu przełamał nowy prezydent Niemiec. - Kocham ten kraj - powiedział w grudniowym wystąpieniu Horst Köhler. Podczas przemówienia inauguracyjnego przekonywał Niemców, że muszą skończyć z narzekaniem i w siebie uwierzyć. Ale Köhlerowi chodzi nie tylko o gospodarkę. Chce także powoli scalić niemieckie państwo poszatkowane przez aliantów na kraje związkowe. Reforma federalizmu mogłaby bardzo ułatwić reformę gospodarki.
- To moment odrzucenia narodowego samozwątpienia. Niemcy się budzą - mówi "Przekrojowi" Roger Boyce, korespondent brytyjskiego dziennika "The Times" w Berlinie. Na przełomie roku w Niemczech zbiegły się w czasie dwa zjawiska - reformy zasiłków socjalnych i rynku pracy oraz odrodzenie świadomości narodowej. - Reformy kosztowały kanclerza Gerharda Schrödera morze głosów, ale Niemcy nagle zmienili zdanie. Uznali, że te reformy są konieczne, że to ich patriotyczny obowiązek - mówi Boyce.
Dla jednych ten "patriotyczny obowiązek" to tylko zmiana nastawienia, dla innych - osobisty dramat. Od kilku lat bezrobocie nie spada, ale powoli rośnie. W Niemczech jest cztery i pół miliona ludzi bez pracy, a na skutek reform Petera Hartza, które weszły w życie 1 stycznia, dziesiątki tysięcy straciły zasiłki. Mogą liczyć tylko na to, że dzięki cięciom gospodarka wreszcie ruszy i pojawią się nowe miejsca pracy.
Skłonność do poświęceń to w Niemczech coś nowego. Widać ją nawet w byłej NRD. Coraz częściej ludzie nie czekają na zasiłki, tylko aktywnie szukają pracy. Kilka tysięcy wschodnich Niemców pojechało do Austrii pracować jako kelnerzy i kucharze. Niektóre niemieckie firmy deklarują z patriotyczną dumą, że nie przeniosą produkcji na wschód. Pomagają im w tym pracownicy. Na przykład związki zawodowe w zakładach Siemensa zgodziły się na dodatkowe pięć godzin pracy bez podwyżki w zamian za zachowanie zatrudnienia. Czy miały inne wyjście? Czasy są ciężkie. Ale wielu Niemcom oddycha się jakby lżej.
KONIEC POKUTY
Gospodarcze przebudzenie idzie w parze z odrodzeniem narodowej tożsamości. Sygnał do kończenia pokuty dał rząd Schrödera. Przez dziesięciolecia Niemcy żyli w poczuciu winy za wojnę, choć w obecnym gabinecie SPD jest tylko jeden minister, który ją pamięta. Latem kanclerz symbolicznie zamknął epokę pokuty. W czerwcu wziął udział w obchodach 60. rocznicy lądowania aliantów w Normandii, w sierpniu złożył wieniec pod pomnikiem powstańców warszawskich, choć w Polsce ta ostatnia wizyta miała bardziej pokutny niż pojednawczy wydźwięk.
W sierpniu Schröder odwiedził też grób ojca, hitlerowskiego żołnierza zabitego w 1944 roku w Rumunii. Na biurku kanclerza stoi zdjęcie żony Doris, ale w róg ramki wsunięta jest wojenna podobizna ojca w faszystowskim mundurze. To był ojciec Schrödera, ale nie jego wojna. Podobnego oddzielenia pamięci i winy dokonuje dziś bardzo wielu Niemców. - Dla kraju robi się coś tylko wtedy, kiedy pamięta się o historii i wyciąga z niej odpowiednie wnioski. Patriotyzm zmusza nas do tego, by pamiętać, że straszne rzeczy z przeszłości nie powinny się powtórzyć - powiedział Schröder w zeszłym tygodniu w krótkiej rozmowie z "Przekrojem".
Zwykli ludzie coraz częściej nie wstydzą się mówić otwarcie: obok Żydów, Rosjan i Polaków także my byliśmy niewinnymi ofiarami tej strasznej wojny. Przez niemiecką prasę przetoczyła się fala tekstów o losie cywili w bombardowanych niemieckich miastach, a w bawarskich szkołach pokazywany jest promowany przez Erikę Steinbach film o wypędzonych "Ucieczka". Komplety w niemieckich kinach - do połowy stycznia ponad pięć milionów widzów - miał "Upadek", film o ostatnich dniach III Rzeszy, który po raz pierwszy pokazuje Hitlera także jako człowieka.
PATRIOCI Z AMNEZJĄ
O niemieckich ofiarach wojny mówią od kilku lat moralne autorytety, choćby Günter Grass, który napisał powieść o tragedii uciekinierów ze wschodnich połaci Rzeszy ("Idąc rakiem"). Niemieckie przebudzenie przybiera jednak także formy, które nie tylko Polakom i Brytyjczykom mogą się kojarzyć z niebezpieczną historyczną amnezją. Niemiecki brukowiec "Bild" domagał się niedawno od wizytującej Berlin królowej Elżbiety II, by przeprosiła za bombardowania Drezna. Gazeta zamieściła fotografię stosu trupów z pytaniem: "Co Brytyjczycy mają przeciwko Niemcom?".
W bestsellerze "Pożoga - Niemcy pod bombami 1940-1945" Jörg Friedrich przypomniał tysiące ofiar alianckich nalotów, wśród których były nie tylko kobiety i dzieci spalone żywcem w schronach Drezna i Hamburga, lecz także ludzie z doszczętnie zrujnowanych, pozbawionych znaczenia strategicznego niemieckich miasteczek. Alianci bombardowali je w drodze powrotnej do Anglii tylko po to, by odciążyć samoloty. Jednak historyk porównuje bombardowania Niemiec do Holocaustu, nazywając je masową zagładą, a Roosevelta i Churchilla przedstawia jako zbrodniarzy wojennych.
Dobrze znana u nas Erika Steinbach nie tylko promuje pomniki wypędzonych i świadomość ich tragedii, lecz także zabiega o odszkodowania za ich mienie. - Szaleńcza Steinbach nie jest jednak z pewnością miarodajna dla całej dyskusji - zastrzega publicysta Hubert Wohlan z Deutche Welle. Większość Niemców stać na szczęście na większy dystans i umiar wobec historii.
- Samo mówienie o wypędzeniach nie oznacza, że ktoś z nas chce wracać na ziemie przodków. Mamy prawo wiedzieć, co ich spotkało - podkreśla Gerd Henghuber, ekspert do spraw marketingu w berlińskiej firmie komputerowej.
- Nikt z nas nie chce powtórki z historii, ale nie możemy non stop ukrywać, że jesteśmy Niemcami - dodaje 60-letnia rencistka Karin Wiedera. - To dobrze, że Schröder prowadzi dyskusję o patriotyzmie. Nie widzę powodu, by młodzi ludzie nie byli dumni, że żyją w swoim kraju - mówi Harry Spieler, emeryt z Berlina.
Rząd Schrödera otwarcie zabiega, by nowoczesne Niemcy przestały być postrzegane przez pryzmat wojny. W październiku 2004 roku zaprosił grupę 20 angielskich nauczycieli historii. Mieli opłacone najlepsze hotele i restauracje w Berlinie. MSZ wyłożył na tę wycieczkę 52 tysiące euro. Cel? Przekonanie brytyjskich belfrów, by mniej uczyli o faszyzmie, II wojnie światowej i Hitlerze, a więcej o sukcesach demokratycznych Niemiec.
Plan programu narodził się, kiedy szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer zarzucił brytyjskim mediom propagowanie obrazu Niemiec jako "prusackiego placu do musztry", wizji spóźnionej o jakieś trzy pokolenia. Skutki wyszydzonej przez prasę brytyjską wycieczki okazały się mierne. Niemcy nie mogą liczyć na odgwizdanie w Europie końca dyskusji o przyczynach wojennej tragedii. Ofiary mają prawo chcieć dłużej pamiętać o wojnie.
POŻEGNANIE Z "SOCJAŁEM"
Dziś tematem dnia w Niemczech nie są jednak historyczne dyskusje, tylko cięcia zasiłków dla bezrobotnych przewidziane w pakiecie reform Hartza, niemieckim odpowiedniku planu Hausnera. Dotychczas bezrobotny Niemiec otrzymywał 60 procent ostatniej płacy. Teraz, pozostając bez pracy dłużej niż rok, dostanie skromną, zryczałtowaną kwotę zależną od dochodu pracującego partnera, oszczędności, a nawet posiadanych nieruchomości. Coraz więcej Niemców uznaje kanclerza za prawdziwego patriotę, bo zaryzykował utratę poparcia elektoratu dla ekonomicznie słusznych reform.
Latem ubiegłego roku na ulice Berlina, Drezna i Lipska wyszło sto tysięcy wściekłych bezrobotnych. W pierwszych dniach obowiązywania planu przed urzędami zatrudnienia błąkały się kilkudziesięcioosobowe grupki protestujących. Z pewnością wielu z demonstrantów z lata zeszłego roku zostało w domach z niemieckiego szacunku dla władzy. Poparcie dla oszczędności wynika też z poczucia, że kraj z garbem "socjału" stanął pod ścianą, której nie pokona bez zerwania z kulturą Besitzstandsdenken - pewnych etatów, długich wakacji i krótkich dni pracy. - To zaciśnięcie pasa nawet nie na jedną dziurkę, ale zarazem historyczny przełom, pierwszy taki moment od 40 lat - mówi "Przekrojowi" Christopher von Marschall, publicysta dziennika "Tagesspiegel". Reforma najwyraźniej nagle chwyciła.
Kanclerz jedną ręką głaszcze po głowie nowoczesnych niemieckich patriotów, a drugą serwuje gorzkie lekarstwo. Naród przełyka tę miksturę. W ubiegłym roku Schröder wlókł się w sondażach za chadecją z 26-procentową różnicą poparcia. Teraz, kiedy reformy bolą najbardziej, od CDU/CSU dzieli go już tylko cztery procent i we wrześniu przyszłego roku SPD może trzeci raz z rzędu wygrać wybory.
- To koniec Niemiec, w jakich się wychowałem. Ale obawiam się, że zamiast protestów będzie powszechne zwątpienie - uważa bezrobotny socjolog Martin Bongards, działacz związkowy z Marburga. Ministrowie Schrödera przekonują, że program Hartza to wielka szansa. W ciągu kilku lat chcą zmniejszyć liczbę bezrobotnych do 2,5 miliona.
Krytycy programu oszczędności Schrödera uważają, że nie uzdrowi gospodarki, uderzy za to w najsłabsze grupy społeczne. Optymiści nasłuchują pierwszych dobrych wieści z biur statystycznych. Niemcy są wielkim eksporterem, a przyszłoroczne prognozy dają wreszcie szansę na wzrost dochodu narodowego o 2,4 procent. Związki zawodowe zgodziły się na negocjacje układów zbiorowych. - Mam nadzieję, że po opłatach za wizyty u lekarza, prywatnych emeryturach i cięciu zasiłków Niemcy przyzwyczają się, że reformy nie bolą aż tak bardzo - mówi von Marschall.
JUŻ SIĘ BAĆ?
Zanim Niemcy wrócą na światowy ring jako gospodarczy atleta, Schröder gra na arenie dyplomatycznej. Berlin konsekwentnie sprzeciwiał się interwencji w Iraku, zabiega o stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i próbuje rozszerzać swoje wpływy za wschodnią granicą Unii. Niemcy wspierają opozycję na Białorusi, a w czasie kryzysu na Ukrainie Schröder podobno poufnie przekonywał Putina do zachowania powściągliwości. Rząd Niemiec jest też najhojniejszym darczyńcą po tsunami - Berlin obiecał przekazać krajom dotkniętym kataklizmem aż pół miliarda euro, więcej niż jakikolwiek inny rząd na świecie. To dużo jak na kraj walczący z recesją, ale korzyści dla międzynarodowego wizerunku Niemiec będą niewspółmierne.
Przed wielkim skokiem Niemcy muszą się uporać z zapaścią na terenie byłego NRD. Stopa bezrobocia sięga tam oficjalnie 18 procent, w wielu miastach dochodzi do 40. Modę na patriotyzm w byłej NRD z łatwością wykorzystują ekstremiści, operując hasłem "Praca tylko dla Niemców". Dwie partie skrajnej prawicy - NPD i DVU - podpisały formalny sojusz przed wyborami do Bundestagu w 2006 roku i istnieje możliwość, że do parlamentu federalnego wejdą niebawem pierwsi od dawna posłowie neofaszyści.
- Kanclerz stara się bardzo, by nie zapominać, co się kiedyś wydarzyło. Francuzi nie reagują więc alergicznie na nowy niemiecki patriotyzm. Czasy się zmieniły i młode pokolenia mają inne priorytety - mówi "Przekrojowi" berlińska korespondentka "Libération" Odile Bnyahia-Kouider. Zdaniem Stevena Crawshawa, byłego korespondenta brytyjskiego dziennika "The Independent" w Berlinie, otwarte konfrontacje Niemców z przeszłością są warunkiem zdrowej normalności. "Nie ma ryzyka powrotu narodowego socjalizmu, ale Niemcy są po 10 latach krajem, którego nie poznaję"
- pisał w grudniu na łamach "Der Spiegel".
Dbając o to, by tragiczne lekcje z historii nie zostały zapomniane, pora patrzeć w przyszłość, bo wkrótce Polska będzie mieć nowego sąsiada. Kluczowa jest ekonomia, a gospodarki Polski i Niemiec są już zrośnięte. - Gdy Niemcy mają katar, Polska dostaje grypy. Jeśli niemiecka gospodarka pójdzie w górę, narodzi się wielka szansa dla Polaków - podkreśla Hubert Wohlan. Obie strony powinny poprawić komunikację: mniej rozmawiać o Steinbachowej i wypędzonych, a więcej o wspólnych interesach, także politycznych. Nowe patriotyczne Niemcy mogą być szansą dla Polski.
Autor: MAREK RYBARCZYK
PRZEKRÓJ |
_________________ KochamFotografie |
|